• Wpisów:113
  • Średnio co: 22 dni
  • Ostatni wpis:15 dni temu
  • Licznik odwiedzin:12 805 / 2604 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
No więc czas na następną część opowieści Aczkolwiek niewiem czy mi się uda dodać wpis ,bo już próbuje od 2 dni i nic ,niewiem dlaczego no ....ale zobaczymy
Jedziemy przez Morano Calabro ,niesamowita okolica ,jest na czym oko zawiesić ,Pietrapertosa ,Castelmezzano
Wszystko Dolomity ,piekneeeee.


Potenza

Pietrapertosa




Castelmezzano
Dolomity to przepiekne góry ,aczkolwiek niewiem jak oni tam mieszkaja ,podziwiam ich za odwage i silne nogi ,jak nie z górki to pod górke ,i tak w kółko
No i czas zakotwiczyć w Castellammare di Stabia
Hotel Gamber
Via Varano2
80053 Castellammare di Stabia
Też jak najbardziej polecam ,nowy czysty hotel z miłą obsługą
Fajnie z,e w hotelu wieczorem była impreza Włoska ,grał zespół i były tańce a my na tarasie przy drinkach z limonczelii wszystko
obserwowaliśmy Drineczki pyszne ,sami robiliśmy -limonczello ,sok miętowy i dużo lodu Pychotka


to akurat jest Melonciello,no miód


a to jest mega Limonciello z dodatkiem mięty
Czas tak szybko tu płynie ,az za szybko
Temperatura daje o sobie znać ojjjjj 32 stopnie ,ja sie gotuje na maxa ,ale trzeba ruszać dalej na zwiedzanie Dzisiaj
Pompeje


Pompeje ,tragiczne miasto zatopione w lawie Wezuwiusza








Mapa koniecznie musi być ,bez niej ani rusz ,miasteczko jest duże ,i rozległe .


Pompeje to piękny ogromny teren starego miasta zalanego lawą Wezuwiusza ,wykupiliśmy u chlopaków wycieczkę na wulkan odrazu ,
mimio że nie mieliśmy go w planach ,więc na zwiedzanie Pompei mielismy tylko dwie godzinki a nie jest to dużo
Ale mimo wszystko daliśmy rade ,przy takim gorącu ,topiliśmy sie haha misiu kochany zawsze miał przy sobie wode uff.
Nie da się opisać wrażeń ,tu trzeba być i poczuc moc tego miejsca ,zobaczyć jak zyli ludzie i jak mieszkali Przeżycie niesamowite.
Wezuwiusz ,hmm ,cóż bardzo majestatyczny ,wielki ,jeden wielki krater ,Wezuwiusz -przywiozłam go troszke do domu
Misiu był zachwycony ,strasznie żaluje ze nie mogłam iść razem z nim na zdobycie moja noga niestety mi nie pozwoli na
takie wycieczki ,to dla niej byłoby za dużo

Teraz czas ruszać na wybrzeze Amalfi
Każdemu polecam pojechać zwiedzić ,zobaczyć
Musimy sie pobyczyć ,poleżeć tu na ciepłym piaseczku i wypić mięte


Amalfii ,nic dodać nic ująć -to trzeba być i zobaczyć


Amalfii jest oblegane przez turystów ,z tego wybrzeża odpływają statki na Capri ,więc ludzi jest tu masa .


Trzeba było sie posilić


I te ich cytryny
Mega cytryny






Ich ceramika powala jest cudna ,jakbym miała mase pieniedzy to chyba bym wszystko wykupiła ciekawe tylko co by Misiu na to powiedział






Cudne miejsce ,taki mały raj na ziemi



Już 11 czerwiec ,jenyyy jak ten czas szybko leci ,za szybkoooo Wyruszyliśmy do Neapolu ,niekoniecznie mi sie podobało ,jest to
stare obskurne miasto,wydaje mi sie tez ze biedne ,Autokarem zwiedziliśmy je całe ,ale najpiekniejsze jest oczywiśice wybrzeże
samo miasto jako miasto nic szczególnego ,bynajmniej mi osobiście .
Liczyłam na nieco wiecęj ,najlepsza jest pizza bez dwóch zdań.

http://b4.pinger.pl/3c98f8777528e8f615ee0d1945525e1b/20614077_1604668989567401_1951535.jpg
Najpierw lody żeby się troszkę ochłodzić

http://b4.pinger.pl/36b1275c6e10c04f8edfb39189a350c9/20562839_1604669019567398_1574382.png
Za to Toskania jest przecudna ,Rocca D"orcio cudne miejsce,tam kręcili sceny do filmu Gladiator i faktycznie,
te ich drogi cyprysowe ,coś cudownego Miasteczko Monticcello i Pienza ,widoki piękne

http://b2.pinger.pl/a5476c81ea631d5d0a2657ae33a8c7db/19577116_1574510829249884_5222272.jpg

http://b2.pinger.pl/226a2b3d27dcbe570d670aafc2341f5c/19780704_1574511432583157_6141474.jpg
scena z filmu Gladiator to te same miejsce ,magiczne

http://b3.pinger.pl/efe85e6a8154d56b7042aba6f327ad2e/19620338_1574510279249939_7489163.jpg

http://b2.pinger.pl/5310e8b9601daf8d1fed4b764c7b2118/19642760_1574509525916681_2234595.jpg
Magiaaaaaaa jak nie kochać tych Wloch

http://b2.pinger.pl/76f43d1fa45ab9406b7f6ef3fde869dd/20562859_1604669529567347_1006412.png
Rocco Di Orcia polecam tu spędzić wieczór ,to tak spokojne i ciche miejsce Wyszliśmy z auta i rozkoszowaliśmy się chwilą ,polezeliśmy troszke na trawie wpatrując się w krajobrazy
Czas zwiedzać dalej
Florencja


Z autokaru wysiedlismy przy esplanadzie Michała Anioła, gdzie po raz pierwszy zobaczyliśmy kopię słynnego Dawida
wykonaną z brązu.

Potem poszliśmy do najpiękniejszej części Florencji, na plac z katedrą Santa Maria del Fiore,
obok której stoi dzwonnica zaprojektowana przez Giotta. Naprzeciw jest baptysterium z tzw. Drzwiami Raju.
Nie będę nawet tych drzwi opisywać, bo mi się nie uda, trzeba je zobaczyć i dotknąć,
choć są odgrodzone metalowym płotem. stare miasto bardzo urokliwe ,było tak gorąco że non stop kupowaliśmy wode mrożona haha ,bo bez niej ani rusz ,śliczne stare miasteczko
http://b1.pinger.pl/15e5bb06171eb83f80e7b9dd48085030/20562133_1604669542900679_1880597.jpg
Widok na Florencje ze wzgórza Dawida

http://b1.pinger.pl/7a2540c0aac7282c3f8fef58f2564459/20614455_1604669536234013_1763346.jpg

http://b2.pinger.pl/ad977066712851c5457ef15202c48f5e/20614073_1604669552900678_3928574.png
Jest moc kochani Było niestety za upalnie żeby zwiedzać na piechotkę ,więc zwiedzaliśmy autokarem ,na te temperatury nie było mocnych ,
Pare pamiątek szybko kupionych ,jakieś przekąski wpałaszowane i dalej
Najbardziej jednak odpoczeliśmy jednak u cudownej kobietki która zwie się Concetta ,miła ,czuła kobitka która zawsze czekała na nas z
gorącą kawką i miłym uśmiechem niedaleko domku jest plaża na której własnie się spiekliśmy haha na raka
zwiedzanie pózniejsze było uciążliwe ,wszystko nas piekło ,swędziało ,ojjjjjj nie było fajnieee
http://b4.pinger.pl/761d1d480c90bc773625f113af808733/_MG_9299.jpg

http://b1.pinger.pl/13292f8b6ca3579121c960b850342ea2/Handmade-Painted-Florence-font-b-.jpg

http://b2.pinger.pl/0b04ac23cadc977454fd1cadb7a1b9c1/20561840_1604669322900701_1063337.png
Nasza ukochana Conciita ze swoim pieskiem

http://b1.pinger.pl/d2dc35b5332c035ef529be689cd971e0/20563025_1604669076234059_1112209.png
Plaża w Ardea ,super miejsce ,spokojne,mało ludzi ,piaseczek cudowny ,no i nie ma tych strasznych meduz wrrrrr

http://b3.pinger.pl/903472342c3204740c3c7dbbeb6ec21c/20614385_1604669069567393_2013521.png
Spiekliśmy się strasznie ,z samego rana na następny dzień pojechalismy do apteki ,bo byliśmy cali w bąblach ,straszneeee ,każdy ruch ,każde ubranie sprawiało ból niemiłosierny ,a tu jeszcze tyle zwiedzania ,ale daliśmy rade Conciita też nacierała mi plecy jakimś swoim kremem kochana kobitka

http://b4.pinger.pl/858368a6c1bd0ca3984f6feb8b0345c1/20561862_1604669289567371_1568756.jpg


http://b2.pinger.pl/af6e81615ecad880a9da403619773f79/20527627_1604669046234062_3458989.jpg
Z domku Conccity mieliśmy punkty wypadowe na Rzym ,Werone ,jezioro Garda
Ale to już w następnej części
 

 
cudna Toskania






  • awatar Gość: Byłem tam ,Toskania to piekna kraina :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No i była część druga , ale niestety niewiem dlaczego nie dodało mi wpisu ,zaraz znowu bede próbować >

 

 
No to czas ruszać na wycieczke naszego słonecznego życia na którą się szykowałam cały rok
Krok po kroku planowałam trasy ,bukowałam domki i bilety na promy Stosy książek i masa wiadomości z neta.
Czas przyszło wyjechać



Trzeciego czerwca o pierwszej w nocy wyjechaliśmy z domu zostawiając za sobą nasze kochane tradycyjne życie
Niuniek już spał ,więc buzki buzki i jazda przed siebie ,a w zasadzie do Dover i pociągiem przez kanał.Jednym słowem na Eurotunel.
Przejechaliśmy cały dzien do pierwszego naszego postoju we Francji ,Hotel ;Montelimar -totalna porażka !!!
Kierownik -niewiem czy wogóle można go tak nazwac hehe ,cymbał który odwołał nam rezerwacje i mielismy o 22 godzinie
szukać sobie innego lokum ŻART ?Więc troche szumu ,dużo krytyki na jego temat ,bo jak inaczej nazwac cymbała który ,
pracuje w tak wielkim Hotelu i nie zna jez.angielskiego totalna porażka i smiech na sali .
W każdym badz razie skonczyło sie nam idealnie ale kierowniczkowi nie koniecznie haha ,ponieważ musiał oddać nam swój pokój.
Oczywiście za nic nie musieliśmy płacić
Rano wstaliśmy ,zjedliśmy DARMOWE sniadanie (jak mniemam za kase kierowniczka )i ruszyliśmy dalej ,szerokości na drodze
życzyli nam nasi wszyscy przyjaciele których serdecznie pozdrawiammmmm
I love you all





Od naszego Tomusia
Droga do następnego już tym razem domku była przepiekna ,poprostu mega,jechaliśmy przez dolną część Francji ,prowansja
,poprostu poezja ,napewno tam musimy wrócić ,koniecznie Całe pola kwitnącej lawendy hmm piękne ,i te winnice
Zatrzymalismy sie na poboczu przy jeziorze ,żeby sobie pojeść i popic winkiem, -oczywiście tylko ja mogłam
popić ,bo misiu prowadził autkoale widoki rekomensuja wszystko Jezioro Serre-Poncon coś pieknego ,niesamowitego,ta
zielona tafla jeziora oszałamia Pojedliśmy i jazda dalej ,przez góry ,przez Alpy Francuskie ,hmmm już pisząc chce
mi sie tam wrócić mam nadzieje że tak się stanie
Provence -Alpes -Cote d'Azur -pieknie Polecam jazde do Wloch autostradą A 21 Torino-Piacenza ,widoki niezapomniane
Po drodze do domku oczywiście Genua i Carrara












Przepiekne jezioro wśród gór no mega






Napewno tu jeszcze wrócimy
W miejscowości Lukka nastepny zasłużony postój
B&B Cnto PassiDalle Mura
Via A.Diaz 91,55100 Lukka
Swietny pensjonat ,ładnie połozony ,obsługa mega ,naprawde warto
Pobudka ,śniadanie i jazda dalej Lukka piękne małe miasteczko ,warte zwiedzenia na temat każdej miejscowości w
nastepnych opisach bedzie więcej
Z Lukka juz bardzo blisko do Pizy nie mozemy się doczekać
Piza - na moje oko troszke przereklamowana ,oczywiście główna atrakcja krzywa wieża ,PRZEPIEKNA budowla ,cały plac
wprawia w osłupienie ,ale to tylko tyle Oczywiście pierwsze zakupy na straganach targowanie się o ceny haha
coś dla mnie ,strasznie tylko słońce doskwierało ,30 stopni jak dla mnie to dużo za dużo więc na koniec lody i jazda
do Livorno
Ponieważ do promu na Sycylie mielismy bardzo dużo czasu postanowlismy jechać na plaże i to był znakomity pomysł.
Zakotwiczylismy w Bagno L Rondine -wykupilismy leżaczki i wypas ,cisza ,spokój ,szum morza hmmmmm
Morze Liguryjskie
Tak sie pobyczyliśmy do wieczorka i pojechalismy do Livorno
Pozwiedzalismy coś nie coś i ruszylismy na prom .
Strasznie żaluje że prom był w nocy ,nie mogliśmy podziwiać wybrzeża niestety
Prom Grimaldi calkiem niezły ,obsługa fajna ,kawka pyszna ,nawet dancing był Kajuta wypas ,saliśmy i spaliśmy hehe
No jak by nie patrzeć troszkę się wymęczyliśmy
UUUUUUU jak było fajnie wstac iść na śniadanko ,posiedzieć i wsłuchac się w szum morza



Swietna miejscówka








Plaże obok Livorno







Pisa Pocztówkowy raj
i sprzedawcy którzy mówią po polsku ale....
kupuj kupuj ,tanio jak w biedronceee

i JEST Sycylia S Y C Y L I A
M E G A
Cała piękna w swojej ozdobie
port w Palermo **
Wszystko oki ,cudnie ,pieknie ,stare miasto ,zabytki
TYLKO CZEMU ONI NIE POTRAFIĄ JAK LUDZIE JEŻDZIĆ ??????????????
Szok jak oni sie poruszają na drodze ,nie dość że auta to jeszcze skutery ,masaaaaa skuterów ,plagaaaa
No ale cóż jedziemy dalej do Corleone
Droga przecudna ,krajobrazy niezapomniane ,szukamy znaku i bummm przygoda zawsze musi byc wjechalismy w miasteczko ,
o matkoooo a tu dróżki na jedno autko ,nasza siwa zdała egzamin na medal wjechaliśmy w ślepą uliczkę ,wjechac wjechaliśmy ale wyjechać
problemmm ,siwa nie dala rady na wstecznym pod górkę 70 stopni ,strach i co robić ? wysiadam bom ciężka ,
autko sunie i nic i nic i nic sprzeglo masakra jeden wielki smród i ciśnie misiek i ciśnie az w końcu wyjechała ,
ufffff odetchneliśmy żdzbełko Tylko wyjechalismy następna przeszkoda ,droga po trzęsieniu ziemi ,wrwy takie że az strach,
ale Misiu zawsze da rade Pod znakiem Corleone pare fotek ,bo jak być i nie zrobić fotek w miasteczku Ojca Crzestnego
kapelusze,cygara okulary hehe cała oprawa musiała być
Kraina cudna drogi i krajobrazy nie przeciętne dojechaliśmy do kolejnego Miasteczka ENNA ,cudne miasteczko ,
położone wysoko w górach ,serpentynki ,zakrętasy wywijasy haha ale pięknie Domek nam się trafił przecudny
Też polecam
La Di Mora Di Samu
Guseppe sie sprawił śniadanko pyszne okolica cudna ,ale coż trzeba jechac dalej do Syrakuzy
Syrakuzy to jedno z największych miast na Sycylii. Wszelakich zabytków i atrakcji oczywiście w nim nie brakuje.
Oprócz Parku Archeologicznego z największym na Sycylii greckim teatrem, najczęściej odwiedzanym miejscem jest wyspa Ortigia
, na której znajduje się Centro Storico, dla mnie najpiękniejsze na Sycyli
Ucho Dionizosa ,przeżycie niezapomniane,cały park Archaelogicoe jest świetnie zachowany warto poczytac historie tego miejsca ,
którą opisze w nastepnych częściach .Oczywiście jak tylko wjechaliśmy na Ortygie zglodnieliśmy ,poczuliśmy zapach swierzej rybki
Tak nam pachniało że musieliśmy zajśc i ją odrazu skosztować,małe wędzone szprotki w ciescie,gotowane na głebokim oleju,
i do tego kałamarnice też w cieście no megaaa smak I tak z pełnymi brzuchami poszliśmy rozkoszować się pięknem wysepki Ortygia
Catania -cudnaaa

Następny domek wzieliśmy praktycznie pod samą Etną
Villa Bellini
74
95010 Milomax
Przecudne miejsce które prowadzą młodzi ludzie z dwiema uroczymi blizniaczkami z tarasu gdzie piliśmy kawke i smaliliśmy fajeczki ,mieliśmy na nia
świetny widok,Piekna ,dostojna i non stop dymiąca -jak wsciekła kobieta -typowa Wloszka -temperamenta
Po śniadaniu zaraz wyruszyliśmy na podbój Etny ,misiu wjechał na Damę kolejką ,a póżniej pokonał parę kilometrów zeby zobaczyć ja
w całej okazałości .Ja w sklepikach poszalałam ,naparstki,magnesy,bransoletki,wódeczka 70% mmmm z dodatkiem Damy
Było warto ,wyprawa cudna ,misiu szcześliwy ,czegóż trzeba do szczęścia Z Etny -pięknej grzmiacej Damy jedziemy do Taorminy
Półtorej godzinki i już jesteśmy na miejscu Domek,hotelik- bajkaaa coś co lubie klimacik świetny Drineczki na tarasie z ukochanym
-sami we dwoje cóz nic ująć ,nic dodac Tego nam było trzeba
Rano Taormina -jeszcze do niej wróce ,na 100% to takie szczególne miejsce i jakoś bliskie memu sercu
Nasz domek -hotelik polecam wszystkim ,widok z tarasu przecudny ,na całą zatokę
Villa Greta
via Leonardo da Vinci
46 Taormina






Etna




cudna wielka dama



Kluczyk do raju



idziemy na śniadanko



wystrój taki po mojemu ,uwielbiam takie klimaty


nasz tarasik i ten piekny widok na zatoke
No i cóż niestety trzeba opuscić Sycylie a szkoda ,jest tak piękna mmmmmmm
Teraz czas na stały ląd ,więc jedziemy do Messyny na prom
Messyna -do -Villa San Giovanni
Cieśnina Mesyńska cudna



Messyna


Na promie


  • awatar Gość: OOOO wpis super ,fajnie poczytac :)
  • awatar Pisane Zyciem: @gość: Dziekuje ,ciesze się ze sie podoba :) w nastepnych czesciach bedzie wiecej :)
  • awatar Pisane Zyciem: @Niepoprawna Marzycielkaa: a dziekuje bardzo :) polecam zwiedzenie i przeczytanie nastepnych czesci jakie beda :) pozdrawiam serdecznie Asia
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Takie na początek robiłam ,tak zacze ła się moja przygoda z butelkami




Ta mi wyszła cudnie udało się


Ta dla Jadziuni była


to sobie zrobiłam





To do szkoły syna


To dla Maniutka


Tę dostała Aga z Tomaszkiem



Te dla syna do pokoju bo pasuja do białej choinki


I ta rodzice dostali
Zabawy sporo ale fajnie ,można sie rozluznić Polecam wszystkim kobietkom na odstresowanie się
 

 
No wiec czas zaczac zabawe z butelkami, pare propozycji sciagnelam z neta I bede cos sama czmonic
 

 


Cholmondeley Castle

Miejsce bardzo urokliwe ,ogrody zachwycajace ,szkoda tylko ze nie można zwiedzic zamku który jest zamieszkany od dawien dawna


Tym razem nie bedzie pisanej historii poniewaz nie ma nic w niej ciekawego,panstwo Cholmondeley są bardzo bogatymi i wplywowymi osobami Posiadaja swoje majatki nie tylko tu ale tez i w afryce,w której też znajdują się ich kopalnie minerałów ,więc nie ma co sie tu za bardzo rozpisywać .



Robione sa tam różne iwenty na których warto jest być ,myśmy akurat trafili na dzień Misia


Warto spedzić czas pośród pięknych ogrodów które przepełniają tamtą okolice






Mijając zamek ,pod który możemy jak najbardziej zajść ,aleee do środka już niestety ale nieeee,idąc troszke w prawo odbijamy na ścieżke prowadzącą do ich lokalnego mini zoo Są tam kózki ,osiołki,dziki,świnki,koniki kaczuszki itp.Mnie zaintrygowal sam budynek obejścia dla zwierzat ,jest piekny ,i ta wieża dla kóz hmm wyjątkowa


To jest obejscie dla zwierząt


i wieża dla kózek Jak to mawia nasz znajomy Grzesiu ;Zacnie ;






szkoda że nie działała





Bardzo polecam !
 

 
Kiedy pojechalismy odpaczac w pięknym miejscu jak Cholmondeley ,zaczełam szukać jakichkolwiek historii na temat tego urokliwego miejsca i hmm znalazłam o chlopaku ktory był miejscowym głupkiem aczkolwiek prorokiem.

Chłopak od pługa, ignorowany, oczerniany i wyśmiewany przez tych, którzy go znali, wzbudzał salwy śmiechu, gdy mówił, że król potrzebuje jego mądrości. Ale była to prawda... i historia zna niewiele dziwniejszych opowieści niż ta: o idiocie geniuszu, Robercie Nixonie.



Robert Nixon był legendarnym prorokiem w Cheshire ,obok zamku owczesnego Thomasa Cholmondeley .
Ponoć urodził się za panowania Jakuba I (1603-25) i był przez pewien czas w służbie Thomasa Cholmondeley, mistrz Vale Royal, po 1625 roku.





Jego rodzice byli zwykłymi rolnikami, pracującymi od świtu do nocy, aby zapewnić sobie minimum egzystencji. Robert był ich jedynym dzieckiem. W Bridge House, w Cheshire, powszechnie uważano go za bardziej niż lekko stukniętego. Jego rodzice podzielali tę opinię, ponieważ już po pięciu dniach nauki w szkole zaniechali kształcenia syna i wysłali go z powrotem do pługa.
Tam właśnie znajdował się owego fatalnego dnia 1485 roku, kiedy to ważyły się losy Brytanii w bitwie pod Bosworth Field. Dziesiątki kilometrów od pola, na którym głupawy Robert Nixon z trudem nadążał za starym koniem, orząc ziemię nieudacznym drewnianym pługiem, wojska króla Ryszarda zwarły się w walce na śmierć i życie z armią hrabiego Richmonda.
Nagle Nixon zatrzymał się w połowie bruzdy. Chwilę stał ze spuszczoną głową, jak gdyby nasłuchiwał. Potem zaczął skakać na jednej nodze wokół zaoranej ziemi, wymachując rękami, potykając się, wskazując coś i wrzeszcząc.
Chłopak już wcześniej robił różne dziwne rzeczy, ale nigdy nie zachowywał się w taki sposób! Nadzorca pośpieszył do niego, aby powstrzymać te wygłupy i przywołać chłopca do porządku.
Ale i on zatrzymał się niedaleko, w obawie, że Robert postradał zmysły. Z pianą na ustach chłopak wrzeszczał, wywijał rękoma i gapił się w jakiś niewidoczny punkt. Wymachując batem, krzyczał: „Tam, Ryszard!... tam!... teraz!" A w chwilę później! „Do boju, Henryku! Chwyć za broń i na drugą stronę rowu... na drugą stronę i bitwa wygrana!" Chłopak stał kilka minut jak sparaliżowany, a potem zaczął się uśmiechać. Zauważywszy nadzorcę, powiedział: „Bitwa zakończona... Henryk zwyciężył!" Po czym powrócił do pługa, jakby nic się nie stało.
Nadzorca odszedł szybkim krokiem, aby donieść państwu Cholmondeley, że głupi Robert Nixon umie przepowiadać rzeczy, które właśnie mają miejsce, i te, które zdarzą się w przyszłości. Chłopiec przewidział pożar w sąsiedniej wiosce oraz śmierć jednego z członków rodziny Cholmondeley z dwutygodniowym wyprzedzeniem, przepowiedział sztorm i wywróżył, że Henryk i Ryszard będą walczyć pod Bosworth Field. Teraz krzyczał, że Ryszard został pokonany... że nie jest już królem! Prawda to czy fałsz? Dwa dni później przybyli posłańcy z zamku... Król Henryk VII objął tron. Ale kiedy posłańcy dotarli do Over, gdzie mieszkał Nbcon, stanęli zdumieni swoim odkryciem. Mieszkańcy miasteczka już wiedzieli o wstąpieniu Henryka na tron, wiedzieli dzięki Robertowi Nixonowi.
Król wkrótce usłyszał o Nixonie... tym dziwnym młodzieńcu, obdarzonym niezwykłym talentem. Mieszczanie z Over byli ubawieni błazeństwami Roberta, gdy biegał on od dorriu do domu, błagając, aby go ukryli. Krzyczał, że nadchodzą wysłannicy króla, aby zabrać go do zamku, gdzie czeka go śmierć głodowa. To był niesmaczny żart. Wyobrażał kto sobie króla posyłającego po takiego głupka i kogokolwiek głodzonego w zamku!
Raz jeszcze Nixon przewidział nadchodzące wypadki, ponieważ król rzeczywiście posłał po niego, płacąc szczodrze rodzicom, aby oddali mu pod opiekę wyśmiewanego syna. Właśnie na kilka minut przed przybyciem królewskiego wysłannika Nixon wstał od stołu i powiedział: „Wkrótce nadejdzie człowiek króla. Muszę iść, ale już nigdy nie wrócę".
Kiedy chłopiec dotarł do zamku, króla Henryka ogarnął podwójny sceptycyzm, gdy zobaczył, po jakiego niepojętego typa Posłał. Król schował dzwonek i zapytał, czy Nixon potrafi zlokalizować „zgubę". Chłopiec uważnie przyglądał się królowi i rzekł: .Dzwonek nie zginął, sir, toteż ten, kto go schował, może go także znaleźć!"
Odpowiedź Roberta spodobała się królowi. Rozkazał, aby dzień i noc towarzyszył chłopcu pisarz, który będzie notował
wszystkie proroctwa, jakie wygłosi Nixon. Notatki te były robione i studiowane, ale nie wszystkie miały znaczenie w czasach Henryka VII. Niektóre z przepowiedni sięgały bowiem daleko w przyszłość, do wielkiego pożaru Londynu w 1666 roku i do wstąpienia na tron Jerzego IV z Hanoweru. Stare zapiski ujawniają, że chłopiec przewidział także inne przyszłe wypadki, jak na przykład, inwazję na Brytanię żołnierzy z oblodzonymi hełmami.
Gdy pewnego razu król Henryk wybierał się na łowy, Nixon prosił, aby nie zostawiał go w zamku, lecz król zignorował jego prośby. Zamiast tego monarcha wyznaczył służącego, który miał się zajmować Nixonem podczas królewskiej nieobecności. Człowiek ten zamknął chłopca w jednej z komnat, po czym wyjechał, zapominając zostawić wiadomość, gdzie przebywa Nixon. Zanim król wrócił, wszczęto poszukiwania i znaleziono ciało Roberta Nixona.



 

 
KIEDYŚ PRZYJDZIE TAKI DZIEŃ

A kiedy przyjdzie dzień taki zwykły
Że w końcu powiesz-`teraz już wiem`
Coś w Tobie odpowie i doda Ci ikry
I wszystko w koło wyda się snem

Krzyk Twej świadomości przestrzeli Twe trzewia
I szczęście w Tobie pojawi się samo
A tyle `jego` że nie do zniesienia
I wciąż nie słabnie idąc na całóść

Coś znowu poczujesz,coś znowu zrozumiesz
Dziwiąc się wielce,że wszystko tuż,tuż
Nad cielesnością jak ptak poszybujesz
Niepotrzebując niczego już


peter12


Zegar Marzeń

Podać rękę tym, którzy są w bagnie,
Pomóc tym, co leżą na dnie.
Wtedy z siebie dać im wszystko,
Czasem za nich upaść nisko.


Bez czasu wychodzić z domu,
Nie dla nagród ani tronu.
Nie dla chwały ani zysku,
Pomóc w dniu ucisku.


Zatrzymać na policzkach płynące łzy
Sercem, pomocą zmienić życia tryb
By znów zegar szczęścia bez spóźnienia
Odliczał czas i spełniał marzenia.
autor

Daniel S.


 

 
chcę odpocząć

zdyszana
pogonią za niedoścignionym
z kulą przyspawaną
do nogi
chcę odpocząć
w krainie Hadesu
na zielonych
Elizejskich Polach...


Czy

mkniemy przez życie
długim pociągiem
do ostatniej stacji
czy po drodze
uda się wskoczyć
do właściwego
wagonu wypełnionego
po sam dach
spokojem
nadzieją
miłością ?



Tętno jeszcze wróci

deszcz w szyby
uderza miarowo
cieknący kran
w rytm kapiąc rozprasza
zegar równo odmierza
nieznośną codzienność
leżę słucham
jeszcze mam serce
wsłuchuję się w jego
niespokojne bicie
zwykła szara niezmienność
a ono niespokojne
szamocze się w piersi
skrzydłami spłoszonego ptaka
tańcząc zbyt długo
rytm gdzieś pogubiło
a ja wiem
że kiedyś powróci spokojne
o świcie
gdy poskleja przedsionki
wygra wyścig z czasem
tętno mocniej zabije
jeszcze ze mną
pobędzie chwilę
zmęczone
zaróżowi policzki
chociaż tyle lat biło
jałmużną karmione...

Są to wiersze pisane przez ;smutna 2013 ;
fantastycznie pisze polecam ,i do tego lampke dobrego wina ...
 

 
Piekne mozna zobaczyc



sliczne ,kolorowe ,mogą służyć jako osłonki do donic





 

 
Culloden Moor
Bitwa pod Culloden to prawdopodobnie jedno z najsłynniejszych i najkrótszych,i najbardziej krwawych starć w historii Zjednoczonego Królestwa. Wraz z nią zakończyło się powstanie jakobitów, którego celem było przywrócenie dynastii Stuartów na szkocki tron.



Bitwa pod Culloden miała miejsce dnia 16 kwietnia 1746 roku na błotnistym stoku w pobliżu Iverness w Szkocji pomiędzy Jakobitami, wspieranymi przez wojska francuskie, a wojskami panującego króla z dynastii hanowerskiej, Jerzego III.



Bitwa zakończyła się zwycięstwem wojsk królewskich, jednak miejsce, w którym do niej doszło, do dziś uchodzi za przeklęte.




Rzeź pod Culloden

W skład armii powstańczej weszli przede wszystkim członkowie klanów szkockich, a jej liczebność była niemal sześciokrotnie mniejsza od liczby żołnierzy w wojskach królewskich. Krwawe starcie rozpoczęło się atakiem artyleryjskim tych drugich, na który Szkoci odpowiedzieli brawurową lecz niezorganizowaną szarżą. Setki Szkotów padło już przy pierwszej salwie armatniej, kolejni zostali rozgromieni przez królewską piechotę, jeszcze inni wpadli w panikę i zostali wymordowani bez próby podjęcia walki. Doświadczeni żołnierze służący w regularnej armii mówili po bitwie, że nigdy nie widzieli tylu zabitych. W niespełna godzinę zginęło ponad dwa tysiące osób, niedobitki jakobitów zostały schwytane i pozbawione życia. Ranni powstańcy byli dobijani na miejscu – angielscy i hanowerscy żołnierze metodycznie przeczesali całe pole bitwy i okolice, aby upewnić się, że nikt nie ocalał. Przy okazji walk zginęło też kilkuset cywilów – mieszkańców znajdujących się nieopodal wiosek.

Niedaleko Culloden Moor do dziś stoi chata zwana Old Leanach Cottage, w pobliżu której szukało schronienia trzydziestu rannych jakobitów. Ukryli się oni w stodołach otaczających domostwo, ale żołnierze królewscy i tak ich dopadli. Chcąc oszczędzić sobie wysiłku i kul, zablokowali wyjścia od zewnątrz i spalili powstańców żywcem. Nie powinno zatem dziwić, że książę Cumberland, który dowodził wojskami królewskimi, otrzymał w Szkocji niechlubny przydomek „Rzeźnika”.















Nawiedzone Culloden Moor

Sama bitwa zyskała nazwę „rzezi pod Culloden”, gdyż trudno mówić w jej przypadku o wyrównanych siłach i sprawiedliwej walce. Powstańców wyrżnięto co do jednego – rannych, umierających i uciekinierów z krwawej jatki. Wierzący w zjawiska nadprzyrodzone twierdzą, że to dlatego – mimo upływu ponad trzystu lat – torfowiska nadal mają barwę krwi. Poza tym nigdy nie słychać tu śpiewu ptaków, a w każdą rocznicę bitwy miejsce jest nawiedzane przez upiory poległych żołnierzy. Mieszkańcy okolicznych wiosek zarzekają się, że od strony Culloden Moor wyraźnie dochodzi wówczas odgłos maszerujących wojsk, jęków rannych i szczęku stali. Wielu świadków opowiadało o wysokim mężczyźnie ubranym w tradycyjny szkocki strój, który – jeśli się go zaczepi – bełkocze zdezorientowany i przerażony o klęsce. Groby poległych żołnierzy są oznaczone kamieniami i – zgodnie z legendą – nie rosną na nich wrzosy. Na niektórych głazach wymalowano znaki klanowe. W 1936 r. pewna kobieta znalazła na jednym z nagrobków fragment kraciastej tkaniny, a gdy go podniosła, ujrzała przerażającą postać straszliwie poranionego Szkota. Nawiedzone są także podobno okoliczne studnie, na czele ze Studnią Umarłych, z której pod żadnym pozorem nie wolno czerpać wody, gdyż mogłoby to zakłócić spokój jej mieszkańców. Nad torfowiskiem krąży także upiorny czarny ptak zwany The Great Scree of Culloden Moor, którego po raz pierwszy mieli zobaczyć uczestnicy bitwy z 1746 r., a który zgodnie z legendą przynosi pecha każdemu, kto go ujrzy.












Prawdziwość powyższych opowieści postanowili zbadać członkowie grupy Scottish Paranormal. Po przeprowadzonych badaniach potwierdzili oni obecność na polu bitwy takich niepokojących zjawisk, jak nagły wzrost temperatury nad grobami poległych czy różnice w pomiarach wilgotności, które zwykle odnotowuje się na obszarach wykazujących ponadprzeciętną aktywność paranormalną. Odkryto również inne anomalia, które potwierdzają, że nie jest to jedynie kolejne miejsce z tragiczną przeszłością. Najlepiej wiedzą o tym mieszkańcy wiosek otaczających Culloden Moor, którzy nie zapuszczają się w okolice dawnego pola bitwy po zmroku ani gdy spowija je gęsta mgła, w której trudno zorientować się, czy nie zyskaliśmy przypadkiem nieoczekiwanego towarzysza podróży,my akurat jak byliśmy padał lekki deszczyk ,ale cisza która nas otaczała była nie do opisania.
 

 



Wyspa Staffa
Zacznijmy może od mojej oczekiwanej groty Fingala
Grota Fingala (ang. Fingal's Cave, gael. Uamh-Binn) – morska jaskinia na niezamieszkanej wyspie Staffa należącej do wewnętrznych wysp archipelagu Hebrydy w Szkocji, część Narodowego Rezerwatu Przyrody na terenie National Trust for Scotland.

Ściany groty uformowane zostały przez sześciokątne kolumny bazaltowe podobne w swojej strukturze (i będące częścią tej samej prehistorycznej lawy) do Grobli Olbrzyma w Irlandii Północnej i do bazaltowych klifów z wyspy Ulva. W obu przypadkach nagłe ochładzanie się powierzchni gorącej lawy spowodowało jej pękanie według heksagonalnego wzoru, podobnie jak osuszane błoto pęka gdy się kurczy, a pęknięcia te stopniowo powiększają się w głąb jako rezultat chłodzenia i kurczenia lawy do formy kolumn. Procesy erozji powodują dalsze systematyczne ich odsłanianie.

Powierzchnia groty i jej łukowate sklepienie sprzyjają powstawaniu niepokojących dźwięków będących echem fal morskich, stwarza to atmosferę naturalnej katedry. Grota ma również gaelicką nazwę, która brzmi Uamh-Binn, co znaczy "grota melodii".

Została odkryta przez XVIII-wiecznego naturalistę Josepha Banksa w 1772 roku[4][5]. Nadano jej nazwę Grota Fingala na cześć jednego z bohaterów Pieśni Osjana, epickiego poematu autorstwa XVIII-wiecznego szkockiego poety-historyka Jamesa Macphersona opartego na starych celtyckich opowieściach i balladach z cyklu osjańskiego. W irlandzkiej mitologii bohater Fingal znany jest jako Fionn mac Cumhail i wedle sugestii Macphersona przybierał imię Fingala (co znaczy "biały nieznajomy", jakkolwiek w staro-gaelickim imię to brzmi jako Finn. Legenda o Grobli Olbrzymiej czyni z Fionna czy Finna budowniczego nasypu pomiędzy Irlandią a Szkocją, nazywanego 'drogą gigantów'.

Jaskinię na wyspie Staffa odwiedził w 1829 roku kompozytor Felix Mendelssohn, zainspirowany przez dziwne echo wewnątrz groty napisał uwerturę Hebrydy, opus 26, znaną również jako Uwertura Groty Fingala[8][4]. Uwertura Mendelssohna przyczyniła się do popularyzacji groty jako atrakcji turystycznej[4][5]. Jaskinia wzbudziła zainteresowanie XIX-wiecznego pisarza Juliusza Verne'a, poetów Williama Wordswortha, Johna Keatsa i Alfreda Tennysona[1] czy artysty malarza Williama Turnera, który w 1832 namalował "Staffa, Grota Fingala"[9]. Dramatopisarz August Strindberg umieścił scenę ze swojej "A Dream Play" w miejscu nazwanym "Fingal's Grotto. Szkocki powieściopisarz Walter Scott opisał Grotę Fingala jako "jedno z najbardziej nadzwyczajnych miejsc, które kiedykolwiek odwiedziłem". Również królowa Wiktoria zwiedziła to miejsce.

Grota ma wysokie łukowate wejście i wypełniona jest wodą, jakkolwiek dzisiaj już łodzie nie mogą do niej wpłynąć. Turyści mogą wejść do środka wąską ścieżką, prowadzącą powyżej poziomu wody.








Na Staffę można dotrzeć łodzią z Oban (zachodnia Szkocja), Dervaig bądź Fionnphort na wyspie Mull, albo z Iony. Dla zwiedzających udostępnione są groty. Atrakcją turystyczną są też maskonury, gnieżdżące się na wyspie od maja do września. Staffa nie ma doskonałych miejsc do zarzucenia kotwicy. Miejsce, gdzie cumują łodzie z turystami, znajduje się na północ od Am Buachaille, ale wysiąść na ląd można tylko wtedy, gdy morze jest spokojne.






Jakkolwiek krajobraz jest inspirujący, miejsce nie było łatwe do życia. W 1772 roku mieszkała tu jedna rodzina, żyjąca na diecie jęczmienno-owsianej, mieli też do swojej dyspozycji len i ziemniaki. W końcu XVIII wieku opuścili Staffę, najwyraźniej wystraszeni przez surowe zimowe sztormy. Ślady po dawnych uprawach rolnych wciąż jeszcze są widoczne, jednak jedynymi zachowanymi budynkami są ruiny po XIX-wiecznych schroniskach dla turystów. Około roku 1800 wyspa była własnością Colin MacDonald of Loch Boisdale. W 1816 roku została sprzedana przez Ranald MacDonald. W XX wieku było kilku prywatnych właścicieli, wśród nich Alastair de Watteville, potomek Colina MacDonald, który napisał też książkę o wyspie. Ostatecznie wyspa została podarowana dla National Trust for Scotland przez Jock Elliot Jr. z Nowego Jorku w 1986 roku jako szczególny sposób uczczenia 60. urodzin swej żony, Eleonory. Wdzięczny National Trust nadał jej honorowy tytuł 'Steward of Staffa’. W 2005 roku w sondażu przeprowadzonym przez Radio Times, Staffa została uznana za ósmy wielki naturalny cud Brytanii.
By dotrzeć na wyspę trzeba wybrać się w krótki rejs

najczęściej wycieczki rozpoczynają się z wyspy Mull

np. na stronie http://www.staffatours.com/ możemy zarezerwować sobie krótką 2,5 godzinną wycieczkę na wyspę Staffa – z godzinnym pobytem na wyspie i spacerem do groty, lub inne, dłuższe wycieczki po okolicznych wyspach.






Staffa tour polecam ,ma kilka ciekawych wycieczek ,ceny nie są tragiczne i warto zobaczyć te wszystkie cudne miejsca




Oczywiście zaamieszkują na Staffie słodkie ,przesłodkie Puffiny







i ja niezły puffin haha
No a teraz jak ześmy się pośmiali z tego największego Puffina przejdzmy do legendy o Grocie Fingala

Szaleńczo zakochany w pewnej szkotce olbrzym -Fionn MacCumhill był zbyt ciężki ,aby pływać łodzią .Postanowił więc przejść do swojej ukochanej suchą stopą.Dlatego właśnie rozpocząl budowlę mostu z kamiennych brył z wybrzeza Irlandii na szkocką wyspę Staff,gdzie mieszkaa jego kochanka.Jednak mąż ukochanej ,Benandonne dowiedział sie o ich romansie i postanowił rozprawić się z Fionnem .W tym samym czasie ten zakończył budowle grobli i uciął sobie drzemke,aby odpocząć .Obudził go dzwięk kroków Benandonnera,pod którymi drżała ziemia.Fionn,który nie należał do walecznych,uciekł do domu ,a jego zona ukryła go przebierając za niemowle.Kiedy Benandonner zapukał do drzwi żona Fiona wpuściła go,powiedziała ze jej mąż nie wrócił jeszcze z polowania i pozwoliła zaczekać ,pod warunkiem ,że nie obudzi niemowlęcia śpiącego przy kominku.Przerażony wielkością dziecka Benandonner uciekł na wyspę Staffa niszcząc za sobą most,uniemożliwiając w ten sposób pościg Fionnowi.Tak głosi stara legenda

  • awatar Gość: och jak pieknie tam jest ,tylko pozazdroscic :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
SZKOCJA TO WYSPIARSKA KRAINA
MULL, WYSPA POŁOŻONA W PÓŁNOCNO-ZACHODNIEJ CZĘŚCI KRAJU.
. Mull jest niecodzienną wyspą. Mamy tutaj nie lada bandę wilków morskich, którzy zawijali do tutejszych portów. Mrożące krew w żyłach są opowiadania z czasów hiszpańskiej Armady. Legenda głosi, że w błotnistych brzegach jednej z zatok znajduje się zatopiony ładunek złota. Zatonął w roku słynnej bitwy bezprecedensowym zwycięstwem floty angielskiej nad hiszpańską flotyllą. Złoto, którego ówczesną wartość szacowano na £300 000, poszło na dno i wszelki ślad po nim zaginął. Obecnie wartość złota sięgałaby kilka bilionów. Wielu śmiałków bezskutecznie przeczesywało te błotniste brzegi. Mull służyło też jako baza wojskowa podczas drugiej wojny światowej. Wedle opowieści jeden z czołowych dowódców z uwagi na wyjątkową zaciekłość i temperament, zyskał sobie przydomek „Terror z Tobermoy” od nazwy zatoki, Tobermoy Bay.




Stolicą Mull jest miasteczko Tobermory -po Gaelic. TOBAR MHOIRE-stolica i zarazem jest to jedyna miejscowość na wyspie

Miejscowość założona została w 1788 jako port rybacki, zaprojektowana przez inżyniera z Dumfriesshire Thomasa Telforda. 200 lat wcześniej, w 1588, jeden z okrętów hiszpańskiej Armady (co pisałam już wcześniej ) powracających do Hiszpanii, zatonął w zatoce, w miejscu obecnego portu. Podobno wiózł on pod pokładem znaczne skarby. Nie potrafimy jednak na 100% podać nawet nazwy tej jednostki. Niektóre źródła mówią o San Juan de Sicilia, inne podają że nosiła ona nazwę Florencia hmmm bardzo ciekawe ,może następna wyprawa brzmiałaby pod hasłem ;szukamy skarbów na Mull







Miejscowa miejska legenda mówi, że zatopienie okrętu było robotą wiedźmy Dòideag. W rzeczywistości kapitan okrętu, który chciał zaprowiantować tu jednostkę na dalszą podróż, wdał się w wojnę miejscowych klanów MacLeanów i MacDonaldów. Gdy nie zapłacił za prowiant, MacLean zatrzymał trzech hiszpańskich oficerów jako zakładników. Kapitan uczynił na okręcie to samo z posłem MacLeanów. Ten, słysząc zgrzyt podnoszonych łańcuchów kotwicznych, bez namysłu podłożył ogień w magazynie prochu. Okręt - galeon o wyporności 980 ton, niosący na pokładzie 52 działa i 468 ludzi załogi - zatonął w pobliżu obecnego mola, a jego wrak spocząć miał na głębokości ok. 40 m. Pomimo wielokrotnych poszukiwań wraku jednak dotąd nie znaleziono. Udało się jedynie wydobyć z nurtów pojedyncze przedmioty: kotwicę, egzemplarze broni, srebrne lichtarze, tace i monety oraz kilka cennych medalionów.

Podczas II wojny światowej Tobermory było bazą treningową Royal Navy i okrętu HMS Western Isles pod dowództwem komandora (późniejszego wiceadmirała) Sir Gilberta Stephensona.







Na wyspę Mull najłatwiej dostać się statkiem. Podróż z Oban, promem linii Caledonian-McBrayne, zajmuje około 45 minut, a urozmaicona jest wieloma miłymi dla oka widokami, wliczając w to skały wystające z wody, górzystą szkocką panoramę, zamki i latarnię morską. Jeśli wytężymy wzrok i do tego będziemy mieli szczęście, to gdzieś na wysokości wyspy Lismore uda nam się dostrzec pływającą w morskiej wodzie meduzę o wyjątkowo nieludzkim, szklistym spojrzeniu. Tak przynajmniej zapamiętało ją dwóch miejscowych rybaków, zarzucających tutaj sieci gdzieś w połowie XIX wieku. Kilku innych „szczęśliwców” widziało z kolei w 1873 roku pływającą sobie spokojnie w wodach Zatoki Oban wielką kreaturę w postaci żmii o długości trzydziestu metrów. Przyzwyczajmy się do tego typu opowieści, wyspa Mull i otaczające ją wody nie różnią się bowiem zbytnio od reszty Szkocji, jeśli chodzi o mity, legendy i różnego rodzaju podania. Jest ich tutaj mnóstwo.







Na wyspie znajduje się zamek Duart, będący siedzibą klanu MacLean, oraz zamek Torosay, tworzący z otaczającymi go ogrodami niezwykle miejsce. twierdza pojawiła się tu dopiero w połowie 13 wieku. Nazwa Zamku Duart, ciemny zarys którego wyraźnie odbija się na tle jasnego nieba, pochodzi prawdopodobnie od gaelickich słów «Dubh Ard» («czarna twierdza»). Początkowo właścicielem zamku był klan MacDougall, lecz już w drugiej połowie 14 wieku twierdza Duart uważana była za własność klanu MacLean, przedstawiciele którego byli w tym czasie wiernymi sojusznikami i wasalami władców Królestwa Wysp. Pierwsza pisemna wzmianka głosząca obecność za murami tegoż obiektu członków klanu MacLean pojawiają się w papieskim zezwoleniu na ślub z 1367 roku, błogosławiącym związek Lachlana Lubanacha MacLean z córką władcy Królestwa Wysp, Mary McDonald.

Za czasów Lachlana MacLean, pod koniec 14 wieku, nastąpiła przebudowa Zamku Duart, który pozyskał basztę strażniczą i nowy budynek w północnozachodniej części dziedzińca. Na przestrzeni kilku stuleci członkowie rodu MacLean wykorzystywali twierdzę Duart w charakterze obiektu oporu oraz miejsca zamieszkania głowy klanu. Przy tym, obiekt ten bardzo często był atakowany przez wrogo nastawionych sąsiadów. W pierwszej połowie 16 wieku Zamkiem Duart począł zarządzać Hector Mor Maclean, słynący ze swej dobroci, śmiałości i sprawiedliwości. Do tego czasu władza lordów Królestwa Wysp stanowiła już przeszłość, a niezależny ród MacLean uważany był za jeden z najsilniejszych klanów wyspowych.

Aby zmusić gaelickich przywódców do posłuszeństwa, w 1540 roku szkocki król Jakub V dokonał szeregu porwań przywódców klanów wyspowych, których uwalniał dopiero po złożonej przez nich przysięgi wierności. Taki też los czekał Hectora Mor, który został wzięty w charakterze zakładnika wraz z innymi głowami klanów, kiedy to przybył na obiad do lorda-namiestnika na pokład statku, w okolice Zamku Aros. Ceną owego obiadu, w którym wziął udział Hector była zgoda na zniszczenie wszystkich jego statków, a następnie powrót do Zamku Duart. Z czasów Hectora Mor za murami zamku zrealizowano kilka etapów budowy, mającej miejsce w 16 wieku, w wyniku czego pojawiły się jeszcze dwa skrzydła oraz znajdująca się nad bramą baszta.

We wrześniu 1631 roku król Karol I podarował Lchlanowi MacLean tytuł baroneta – tak rozpoczęła się historia wierności owego klanu dynastii Stuartów, która w rezultacie zakończyła się utraceniem przez ród MacLean wszystkich swych posiadłości. Wojsko Sir Lachlana przyłączyło się do markiza Montrose, zwolennika króla, i wzięło udział w kilku ważnych bitwach w czasach wojny domowej. W 1647 roku Zamek Duart został zaatakowany przez rycerzy klanu Campbell, będących w składzie wojsk rządowch, lecz rojaliści MacLean byli w stanie się obronić. Jesienią 1653 roku armia Cromwella sześcioma statkami podpłynęła pod mury zamku, lecz i tym razem pisane im był niepowodzenie – członkowie klanu MacLean zdołali wycofać się na wyspę Tiree, zaś rozszalały sztorm zatopił trzy statki Cromwella.

W czasach powrotu Stuartów na tron, Allan MacLean przystąpił do odbudowy Zamku Duart i do 1673 roku zdołał wyremontować północnowschodnią cześć obiektu, lecz w 1674 roku z powodu znacznych długów zmuszony był odstąpić zamek Archibaldowi Campbell, hrabiemu Argyll. Rodzinna posiadłość rodu MacLean wróciła w ręce syna Allana, Johna MacLean w 1681 roku, kiedy to Campbell, hrabia Argyll, popadł w niełaskę u króla Jakuba II. Po wypędzeniu króla, Campbellowie należący do rządzącej partii Wigów, ponownie znaleźli się na szczycie piramidy politycznej i w 1691 roku przywrócili sobie utracone posiadłości. Do blisko 1751 roku Zamek Duart wykorzystywany był do rozmieszczenia w nim garnizonu «czerwono mundurowych» – żołnierzy armii brytyjskiej. Następnie ten stary obiekt został na kilka dziesięcioleci porzucony, do momentu, aż Campbellowie sprzedali ten niepotrzebny zamek. W 1801 roku stał się on własnością rodu MacQuarrie, lecz prac renowacyjnych nowi właściciele w nim nie przeprowadzili, w związku z czym zamek rok za rokiem niszczał coraz bardziej. Przed ostatecznym upadkiem ocalił go Sir Fitzroy Donald MacLean, który na początku 20 wieku stał na czele klanu MacLean. W 1911 roku wykupił on ruiny i przystąpił do odbudowy Zamku Duart, który znowuż uważany był za własność klanu, choć obecnie jego członkowie wolą mieszkać w Perthshire.
Nieopodal starego nabrzeża portowego stoi zajazd Craignure Inn. Biały budynek wybudowano w XVIII wieku, a początkowo służył on jako miejsce wypoczynku dla poganiaczy owiec, którzy spędzali z całej wyspy w to miejsce swoje trzódki, a następnie, korzystając z licznych łodzi, transportowali je na szkocki „mainland”, czyli właściwą część Szkocji. Tam, gdzie znajdowały się niegdyś stajnie dla koni, możemy dziś napić się wyśmienitego szkockiego piwa czy zjeść porządne wyspiarskie śniadanie, właściciele urządzili bowiem w tym miejscu bar. Podobnych budynków było niegdyś na Mull więcej, cała wyspa opleciona była siecią tak zwanych „Drovers Inn”, czyli „zajazdów dla poganiaczy”, gdzie strudzeni pracą mężczyźni mogli zregenerować swe siły. Tak też nazywał się niegdyś i tutejszy zajazd. Dziś większość z tych budynków jest albo w prywatnych rękach, albo popadła w ruinę.






Dobrze jest w ciszy ,której jest tu niestety mało przez turystów ,usiąść i wypić gorący napoj








Czekamy na kolejną łódż ,tym razem na wyspe Staffa ,ale w miedzyczasie może coś na temat bardzo gorącego napoju którym jest tutejsza Whiski
Tobermory to również siedziba jedynej na Mull destylarni whisky, Tobermory Distillery. Zakład założony został w 1798 roku przez niejakiego Johna Sinclaira, który do budowy destylarni posłużył się małym fortelem. Trzy lata wcześniej, destylacja została w Wielkiej Brytanii zakazana, co było skutkiem zwiększonego zapotrzebowania na zboże podczas wojny z Francją. Sinclair, aby uzyskać pozwolenie na budowę, obiecał lokalnym władzom, że w zakładzie warzyć będzie piwo. Po wybudowaniu destylarni powrócił jednak do pierwotnych zamierzeń. W 1823 roku, produkowana tutaj whisky została oficjalnie sklasyfikowana jako „single malt”, czyli wyrabiana w jednym miejscu z jednego rodzaju słodu, a nazwa Tobermory znalazła się wśród innych rozpoznawanych przez smakoszy marek. Na przełomie XIX i XX wieku zakład dwukrotnie zmienia właściciela, a wprowadzenie prohibicji w Stanach Zjednoczonych i spadek zapotrzebowania na whisky skutkuje zamknięciem destylarni w 1930 roku. Firma zostaje ponownie otwarta w 1972 roku pod nową nazwą „Ledaig Distillery” i działa do 1989 roku, kiedy to zamknięta zostaje po raz drugi w swojej historii. Wznowienie produkcji następuje dwa lata później i – na szczęście – trwa do dziś. Osobiście, polecam próbowaną przeze mnie dziesięcioletnią single malt, do produkcji której używa się wody z okolicznych „lochs”, czyli górskich jezior. Niektórzy smakosze cenią również sobie tak zwaną „irlandzką” wersję whisky z Tobermory, sprzedawaną pod nazwą Ledaig.









Było wietrznie ,mokro,a za piętnascie minut było też i słońce niesamowite klimaty






Więc ruszamy na nastepną piękną moją długo oczekiwaną wyspę Staffa
  • awatar Lucietta: Bardzo piękne miejsca.Wyciszajace
  • awatar Gość: bylem, widzialem ,polecam ,ps.swietny blog
  • awatar Yoasiczka: Pięknie tam jest :-)zdjęcia świetne
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Zamek Dunvegan,siedziba przywódców MacLeodów.


Został wybudowany na skale nad brzegiem Loch Dunvegan .Dunvegan Castle jest najstarszym nieprzerwanie zamieszkałym zamkiem w Szkocji – rodzinny dom Klanu MacLeod od ponad 800 lat!



Może zamek nie jest tak okazały jak Eilean Donan aleee ma przepiekną historie i legende





Są też tam przepiekne ogrody
Można sie w nich zatracić ,ogromna ilość niezwykłych kwiatów oszałamia







Zacznijmy od więc podróż w przeszłość
a oto cala historia choragwii
Chorągiew z Dunvegan
Od przeszło tysiąca lat zamek Dunvegan, położony w zachodniej części wyspy Skye, był siedzibą MacLeodów z MacLeod. W minionych czasach niejeden wódz przeprawiał się przez jezioro Dunvegan prowadząc swój klan do boju z odwiecznymi wrogami, MacDonaldami z Eigg, którzy od dawna zażywali powszechnie złej sławy ludzi bezwzględnych. Najcenniejszą własnością klanu MacLeodów była chyba czarodziejska chorągiew, przekazywana z pokolenia na pokolenie tak długo, że w końcu jej dzieje stały się słynną legendą.


W dawnych, dawnych wiekach wodzem klanu MacLeod był rycerz imieniem Malcolm. Pewnego dnia, kiedy w wodach jeziora Dunvegan odbijało się letnie niebo, a wrzosy znaczyły zbocza wzgórz bryzgami wspaniałego fioletu, Malcolm pojął za żonę piękne dziewczę z ludu elfów. Przez krótki czas on i jego małżonka żyli spokojnie w szarym zamku Dunvegan. Ale mieszkańcy Krainy Elfów nigdy nie mogą zaznać pełnego szczęścia wśród ludzi śmiertelnych. I kiedy nadobna pani Malcolma obdarowała go dorodnym synem, ogarnęło ją nieprzeparte pragnienie powrotu do swoich; pragnienie o wiele silniejsze od miłości, jaką darzyła swego ziemskiego małżonka. A ponieważ Malcolm nie mógł patrzyć na smutek swej ukochanej żony, powiedział, że sam zaprowadzi ją na ścieżkę wiodącą do jej krainy. I stało się, że niewiasta pożegnała czule maleńkiego synka leżącego w kołysce i przeprawiła się z małżonkiem na drugi brzeg jeziora, by tam skierować kroki na drogę, która miała ją zawieść do rodzinnego domu.
A choć był to równie piękny dzień letni, jak ów, w którym Malcolm wiódł ją kiedyś do zamku jako oblubienicę, wody jeziora wydały mu się mroczne i posępne - tak wielki przytłaczał go smutek. Kiedy przybili do przeciwległego brzegu, Malcolm wziął swą panią na ręce, wyniósł z łodzi i delikatnie postawił na ziemi. Potem towarzyszył jej przez krótki czas, lecz gdy dotarli do pola szarych kamieni, zwanego Czarodziejskim Mostem, poprosiła go, by tu się zatrzymał i samotnie ruszyła w dalszą drogę. Ani razu nie obejrzała sie za siebie i Malcolm nigdy więcej nie zobaczył swej ukochanej.
Tego samego wieczora wydawano na zamku wspaniałą biesiadę dla uczczenia narodzin syna Malcolma, który miał w przyszłości zająć miejsce swego szlachetnego ojca jako tan, przywódca klanu. Mimo smutku przepełniającego mu serce Malcolm musiał uczestniczyć w biesiadzie, albowiem uroczystość tę ustanowiła prastara tradycja. Zresztą sam był nader dumny z potomka, który miał być kiedyś wodzem.
Członkowie klanu tłumnie zebrali się się w ogromnej komnacie, która jaśniała blaskiem stu pochodni, a służba zamkowa uwijała się roznosząc półmiski soczystej sarniny i dzbany zacnego złocistego piwa. Całą noc rozbrzmiewała dziarska muzyka kobz, na których mężczyźni z klanu MacCrimmon, z pokolenia na pokolenie kobziarze MacLeodów, przygrywali ochoczo gościom Malcolma.
Na szczycie wieżyczki, z dala od hałaśliwego zgromadzenia w wielkiej sali, spało cicho w kołysce niemowlę będące przyczyną całej tej radosnej uroczystości. Piastunka siedząca obok uśpionego dziecka widziała oczami wyobraźni rozochoconą kompanię weselącą się w wielkiej sali. Była jeszcze młodziutka i ładna, więc gdy księżyc wspiął się wysoko na niebo i rozjaśnił blaskiem samotną wieżę, dziewczyna zapragnęła spojrzeć choć raz na bawiących się wesoło biesiadników. Zerknęła na uśpione dziecko; zdawało się leżeć cicho i spokojnie. Wstała nie czyniąc najmniejszego szmeru i na palcach przeszła przez wyłożoną sitowiem izbę. A potem chyżo pobiegła wijącymi się korytarzami, tonącymi w blasku księżyca i dalej w dół po krętych schodach, aż w końcu buchnęły na nią z całą mocą piskliwe dźwięki kobz i znalazła się w wielkiej sali. Przez jakiś czas siedziała na samym końcu, chłonąc skwapliwie otaczającą ją wesołość i rozbawienie. Ale gdy wstała, aby odejść, nagły strach przeszył jej serce. Bo oto Malcolm wstał ze swego miejsca przy biesiadnym stole i spojrzał na nią.
"Och, nieszczęsna chwila, kiedym pomyślała, żeby zostawić dzieciaka samego - rzekła sobie w duchu - bo teraz ani chybi spadnie na mnie gniew MacLeoda"
Chociaż jednak Malcolm istotnie skierował na nią wzrok, nie przyszło mu wcale do głowy, że uczyniła coś złego schodząc do sali biesiadnej; mniemał bowiem, że zostawiła dziecko pod opieką innej służącej. Bez śladu gniewu rozkazał więc przynieść maleństwo, by pokazać członkom swego klanu ich przyszłego tana.
Z dreszczem ulgi piastunka pobiegła spełnić jego rozkaz, żywiąc w sercu nadzieję, ze dziecku nie stała się krzywda podczas jej nieobecności.
Zostawione samo dziecko przez jakiś czas spało spokojnie. Ale niebawem za oknem przefrunęła sowa pohukując złowieszczo, czym zakłóciła spokój małego, który zbudził się przestraszony. Kiedy nikt nie przyszedł go pocieszyć i ukołysać do snu, rozpłakał się żałośnie i odgłos jego płaczu rozbrzmiewał smutnym echem po opustoszałej izbie.
I chociaż ludzkie uszy nie słyszały tego zawodzenia, dotarło ono w sposób dla nas niepojęty do matki niemowlęcia, która przebywała w Krainie Elfów. Zrodzone z ziemi dziecko było drogie jej sercu, pośpieszyła więc używając sobie tylko znanych czarnoksięskich sposobów, pocieszyć maleństwo. Nie wolno jej było wziąć dziecka w ramiona, ale miast tego otuliła je chustą z trawiastozielonego, połyskliwego jedwabiu, całą pokrytą znakami elfów, wyhaftowanymi z czarodziejską zręcznością. Zaledwie dziecko poczuło na sobie chustę, która zastąpiła mu ciepło matczynych ramion, przestało płakać, uśmiechnęło się i ułożyło do snu. Widząc swoje maleństwo tak spokojne i pogodne, matka oddaliła się.
Zaniepokojona piastunka aż oniemiała ze szczęścia, kiedy wróciwszy na wieżę zobaczyła, jak bezpiecznie śpi jej mały pupil. Ale na widok okrywającej go chusty zrozumiała, ze odwiedziły go elfy, rozpoznała bowiem zieleń tylko im właściwą, a także znaki wyhaftowane na jedwabiu. Lecz małemu nie stała się najmniejsza krzywda, więc śląc do nieba dziękczynną modlitwę, ze nie znalazła w kołysce jakiegoś odmieńca, dziewczyna przysięgła sobie w duchu, ze już nigdy nie zostawi dziecka samego.
Potem wzięła w ramiona maleństwo, wciąż otulone czarodziejską chustą i wypełniając polecenie MacLeoda zaniosła je do wielkiej sali. A kiedy była już blisko miejsca, gdzie weselono się i ucztowano, przepłynęły za nią korytarzem dźwięki czarodziejskiej muzyki. Wypełniły powietrze i unosiły się nad dzieckiem w jej ramionach, zagłuszając melodię wygrywaną na kobzach przez MacCrimmonów, aż całkiem ścichła, a goście zgromadzeni w wielkiej sali umilkli ze zdumienia. MacLeod wraz ze swym klanem siedział zasłuchany w czarowne słodkie głosy, wyśpiewujące legendę, która miała trwać w ludzkiej pamięci tak długo, jak długo będzie żyć choć jeden człowiek noszący imię MacLeod.
A pieśń głosiła, ze zielona chusta dziecka jest czarodziejską chorągwią, darem ludu elfów dla klanu MacLeod, że chorągiew ta ma pozostać w ich posiadaniu, dopóki to wielkie imię znane będzie w Szkocji i że rozwinięcie chorągwi uratuje klan od trzech wielkich niebezpieczeństw, ale pod żadnym warunkiem nie wolno jej rozwijać z błahego powodu.
Potem, gdy Malcolm i jego towarzysze wciąż siedzieli zasłuchani, a piastunka wciąż trzymała niemowlę w ramionach, zmieniło się brzmienie czarodziejskich głosów. Tonem cichszym i posępnym niewidzialny chór śpiewał klątwę, która padnie na klan MacLeod, jeżeli kiedykolwiek jego członkowie zwątpią w moc czarodziejskiego daru i rozwiną chorągiew w innej chwili niż czas najokrutniejszej potrzeby. Wtedy bowiem, nawet jeśli zdarzy się to po wielu stuleciach, nastąpią trzy straszliwe wydarzenia: dziedzic klanu MacLeod umrze niebawem; grupa skał w Dunvegan, zwana Trzema Dziewicami, wpadnie w ręce Campbella; ruda lisica wyda na świat małe w wieży zamkowej i w tej samej chwili runie chwała MacLeodów - stracą oni większość swych dóbr, zaś w rodzinie samego wodza nie będzie dość mężczyzn by chwycić za wiosła i przeprawić się łodzią na drugi brzeg jeziora Dunvegan.






Mieszkańcy Krainy Elfów ofiarowali swój dar i przestrzegli przed związaną z nim klątwą, po czym ich głosy rozpłynęły się powoli niczym mgła na zboczu wzgórza, aż nie pozostał ani szmer, ani najcichszy poszept.
Malcolm wstał i zdjął z dziecka czarodziejską chorągiew. Pieczołowicie wygładziwszy zielony jedwab rozkazał, aby umieszczono chorągiew w pięknej żelaznej szkatułce, która odtąd będzie niesiona na czele zastępów jego klanu, ilekroć wyruszą w bój. I zarządził, iż tylko tan MacLeodów i nikt inny prócz niego będzie miał prawo wyjąć chorągiew i rozwinąć ją na wietrze.

Z czasem Malcolm odszedł z tego świata, a po nim jego syn. Mijały pokolenia i czarodziejska chorągiew wciąż znajdowała się bezpiecznie w posiadaniu klanu, aż nadszedł taki dzień, kiedy MacDonaldowie wyruszyli w wielkiej sile przeciwko MacLeodom. Albowiem odwieczna wrogość tych klanów nadal srożyła się z całą zaciekłością, choć często zdarzały się małżeństwa między rodami. Powiadają o nich nawet, ze nieustannie wkładali sobie obrączki na palce i wbijali sztylety w serce. I tak kiedyś MacDonaldowie postanowili raz na zawsze upokorzyć MacLeodów: wylądowawszy w Waternish, dotarli aż do Trumpan i splądrowali tamtejszy kościół.
Tymczasem wódz MacLeodów, przeprawiwszy się przez jezioro Dunvegan, poprowadził swoją drużynę przeciwko MacDonaldom. Pod Trumpan stoczono bitwę długą i zawziętą. W końcu jednak pod naporem wroga MacLeodowie zaczęli ustępować pola. Nie ulegało wątpliwości, ze dla odparcia napastników trzeba będzie sięgnąć po siłę inną niż obosieczny miecz.
I wtedy to tan MacLeodów kazał przynieść żelazną szkatułkę, w której przechowywano chorągiew. Wyjął wiotki płat zielonego jedwabiu, mówiąc sobie jednocześnie, że na pewno nie z błahego powodu przywołuje czarodziejskie moce. W ogniu walki chorągiew została uniesiona w górę, na oczach wszystkich walczących, którzy patrzyli z czcią, jak się rozwija i powiewa nad ich głowami.
Natychmiast odmieniły się koleje bitwy, no MacDonaldom nagle wydało się, ze MacLeodowie otrzymali posiłki i walczą z większa zaciekłością. Uznawszy, że wróg przewyższa ich liczebnie, stracili ducha i cofnęli się, a MacLeodowie wykorzystali swą przewagę i odnieśli walne zwycięstwo. Był to pierwszy wypadek, kiedy odwołano się do mocy czarodziejskiej chorągwi i moc ta została udowodniona.
Po raz drugi rozwinięto chorągiew z przyczyny zgoła innej. Znowu klanowi zagroziła zguba, lecz nie ze strony nieprzyjaciela władającego mieczem. Pomór padł na bydło i w końcu nie było już prawie zwierząt nie tkniętych zarazą. Członkowie klanu cierpieli straszna biedę, bo głównie trzoda dostarczała im środków do życia i stanowiła o ich pomyślności. Kiedy tan z MacLeod ujrzał niedolę swego ludu i zobaczył, jak niewiele sztuk bydła zostało na pastwiskach, zrozumiał, że jeśli dobrobyt klanu ma być przywrócony, musi się odwołać do mocy innych niż moc ludzka. Przeto wyjął z żelaznej szkatułki czarodziejską chorągiew i wyrzekł słowa, które wypowiedział przed nim jego przodek:
- Na pewno nie z błahego powodu przywołuję czarodziejskie moce.
Uniesiono chorągiew i płachta zielonego jedwabiu rozwinęła się, powiewając nad nawiedzoną ziemią. I od tej chwili nie zachorowało ani jedno zwierzę, a wiele chorych ozdrowiało. Był to drugi wypadek, kiedy odwołano się do mocy czarodziejskiej chorągwi i moc ta została udowodniona.
Czas płynął i czarodziejski proporzec przechodził z pokolenia na pokolenie, każdy tan przekazywał ją następnemu. W roku 1799 rządcą dóbr MacLeoda z MacLeod był pewien człowiek nazwiskiem Buchanan. Jak wszyscy, znał on legendę czarodziejskiej chorągwi i znał też klątwę - jak dotąd niespełnioną - która jej towarzyszyła. Ale był człowiekiem sceptycznym i ani myślał dawać wiarę jakimś zabobonnym bajdom. Oznajmił wszem i wobec, że chorągiew jest po prostu kawałkiem butwiejącego jedwabiu, a legenda zwykłym babskim gadaniem.
Pewnego dnia, kiedy MacLeoda nie było na zamku, Buchanan postanowił wypróbować moc klątwy i skończyć raz na zawsze z przesądami związanymi z chorągwią. W wiosce mieszkał pewien Anglik trudniący się kowalstwem i jemu to Buchanan polecił otworzyć żelazną szkatułkę, w której przechowywano chorągiew (klucz do szkatułki nosił bowiem zawsze przy sobie wódz klanu). Kiedy podniesiono wieko, Buchanan wyjął delikatny kwadrat zielonego jedwabiu i chwilę powiewał nim nad głową. I na pewno nikt nie zdołałby wymyślić błahszego powodu odwołania się do czarodziejskiej mocy.
Ci, którzy nigdy nie wątpili w moc klątwy, uznali wypadki, jakie teraz nastąpiły, za nieuniknione. W niedługim czasie dziedzic MacLeod zginął od wybuchu na pokładzie królewskiego okrętu "Charlotte", a Trzy Dziewice zostały sprzedane Campbellowi z Esnay. A dalej zdarzyło się dokładnie to, co przed tylu wiekami głosiła przepowiednia: oswojona lisica, należąca do pewnego porucznika nazwiskiem MacLean, wydała na świat małe w zachodniej wieży zamku. tedy też szczęście odwróciło się od MacLeodów i ogromna część ich dóbr dostała się w obce ręce. A chociaż z biegiem lat klan zdołał odzyskać dobrobyt, nigdy już nie wrócił do dawnej świetności. Niewiele też upłynęło lat, nim nadeszła taka chwila, że pozostali już tylko trzej mężczyźni w rodzinie wodza klanu: zbyt mało, by przeprawić się czterowiosłową łodzią na drugi brzeg jeziora Dunvegan.
Dziś czarodziejski sztandar spoczywa na półce oszklonej szafki w zamku Dunvegan, a wszyscy, którzy znają jej osobliwe dzieje, zatrzymują się i patrzą w zadumie na wytarty kawałek prastarego jedwabiu, zbrązowiały po upływie tylu lat, na którym dotąd można dostrzec wyhaftowane znaki elfów.

Bardzo gorąco polecam zwiedzic i poczuc ten oddech historii na swoich plecach :


  • awatar Gość: opowiesc niesamowita :)nie znalem
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kocia poezja czyli
wiersze i wierszyki o kotach


Wiersze najlepszego i najpopularniejszego
polskiego autora piszącego o kotach - pana Franciszka Klimka



Bo koty są dobre na wszystko.
Na wszystko, co życie nam niesie.
Bo koty, to czułość i bliskość
na wiosnę, na lato, na jesień.

A zimą – gdy dzień już zbyt krótki
i chłodnym ogarnia nas cieniem,
to k o t - Twój przyjaciel malutki
otuli Cię ciepłym mruczeniem.



Kocie sprawy,
kocie życie,
kocie losy . . .
chyba więcej w moich wierszach nie pomieszczę,
ale s e r c a jest dla kotów wciąż nie dosyć
i dlatego dalej piszę -
ciągle jeszcze.




DOM SZCZĘŚLIWYCH KOTÓW

Niemal założyć się jestem gotów,
bo wątpliwości moich to nie budzi,
że gdzie jest dom szczęśliwych kotów,
tam jest i dom szczęśliwych ludzi.





 

 
Nie ma jak to moj kochany Czesiek ,który wiecznie ucieka na ogród i ubaw mam jak trzeba go non stop łapac

Taki kochany tygrys



Moj prywatny model